Pokręciłem jedynie głową z niezrozumieniem, rozumiem że chce dla nich jak najlepiej, ale żeby... co tak siostra ma w głowie, że w ogóle może jej takie coś proponować, że mogłaby grozić tym niewinnym dzieciom?
- Wiesz że są inne rozwiązania? - spojrzałem na nią ukradkiem.
- Ciekawe jakie. - mruknęła.
Odwróciłem na chwilę wzrok, ciężko coś wymyślić tak na zaraz. Chociaż...
- Ma pewien pomysł. - powiedziałem nagle i wstałem. - Chodź. - zszedłem na dół. - Chłopaki, zbieramy się, koniec tego obserwowania, trzeba wracać.
- Siostrzyczka zwiała. - powiedział Lory. - Przeleciała przez granicę w stronę ich obozu, obawiam się że powie co nie trzeba, nie mamy wyboru, musimy jechać. - wzruszył lekko ramionami. - A co z dzieciakami? - spytał.
- Jak to co? Przecież ich tutaj nie zostawimy. - powiedziałem stanowczo.
Zaczęliśmy zbierać swój sprzęt, Kostek sprowadził konie na dół i napoił. Apacz i ja sprowadziliśmy dzieci na dół, wróciłem jeszcze do góry do Taigi która zbierała rzeczy dzieciaków.
- Jak to teraz będzie? - spytała nie przerywając zajęcia.
- U nas jest dużo rodzin które straciło dzieci albo takie, które chętnie zaopiekują się kolejnymi. Jest tam ciepło, bezpiecznie, przytulnie... jest kilka dziewczyn w twoim wieku, pomagają. - wyjaśniłem.
Zeszliśmy na dół, wszyscy byli już gotowi. Wziąłem na ręce Katherine, która dalej stała przy koniach, Apacz zapinał siodło Norbiemu.
- Jedziesz z nim, czy ze mną na Lucasie? - spytałem.
?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz